bremic | e-blogi.pl
_blog bremic
Do przodu, do tyłu, w górę i w dół! 2018-07-02

To staje się dla mnie niepojęte, jak zmienne mam nastroje, jak różne kombinacje mi się układają w głowie. Dzisiaj rano obudziłem się, właściwie to N. mnie obudziła tak jak się umawialiśmy. Po rozmowie miałem straszny nastrój, nie chciałem wstawać do pracy. Prawdę mówiąc, gdybym miał rano decydować o tym, czy mogę iść do pracy, byłbym w niej może 2 razy w tygodniu. A tak na prawdę powinienem pomyśleć o dodatkowej pracy. Chcę podjąć terapię indywidualną, prywatnie niestety. Raz na dwa tygodnie to max na jaki mogę sobie pozwolić finansowo. To 260zł. Postaram się zapisać na grupę, z której zrezygnowałem zawczasu. Powodem było to, że startuje od nowego roku dopiero. Ja chyba się łudziłem, że do tej pory mi przejdzie. Ale nie przejdzie. 


Teraz mam taką kombinację, że czuję się źle, chce iść na terapie indywidualnie oraz grupowo, bo nie chcę stracić N., czyli najwspanialszej osoby jaką poznałem. 


Ten dzień w pracy zapowiadał się ciężko, ale jest bardzo spokojnie. Niestety także bezowocnie...


Ostatnio, z piątku na sobotę w nocy miałem sen. Jechałem z N motocyklem, przewróciliśmy się. Szorowaliśmy po asfalcie długo, trzymając się wzajemnie. N jedną ręką trzymała też motocykl. Krzyknąłem, żeby go puściła, tak zrobiła, poleciał dalej. Wtedy N. wypadła z asfaltu na trawę, wybiło ją do góry i zaczęła lecieć i obracać się jak manekin... Straszny sen.


Kim Ty jesteś, Michał? 2018-06-26

Siedzę w ubezpieczalni, ubezpieczam motocykl. Obok mnie puste siedzenie. Nagle samo przychodzi wyobrażenie: Siedzi obok mnie N., ubezpieczamy dom/mieszkanie/samochód. Razem. Jest mi dobrze. To wspaniałe wyobrażenie.
Jestem u siostry. Jej małe dziecko śpi. Nagle samo przychodzi wyobrażenie: leży tak samo małe dziecko w łóżeczku, a przy nim ja z N. Razem. Jest mi dobrze. To wspaniałe wyobrażenie.
Prasuję/robię sobie obiad/wstawiam pranie. Nagle samo przychodzi wyobrażenie: Wracam do domu, a w nim N. Robimy sobie obiad, wstawiam pranie i tak to będzie się powoli toczyć. Razem. Jest mi dobrze. To wspaniałe wyobrażenie.
Potrzebne mi coś do domu. Szklanka, kubek, albo coś innego. Nagle samo przychodzi wyobrażenie: Jestem w Ikei z tą wielką niebieską torbą. Bierzemy te typowe dla szwedzkiego sklepu szklanki sześciokątne i inne pierdoły. Razem. Jest mi dobrze. To wspaniałe wyobrażenie.


Jadę samochodem, czuję się neutralnie. Tak rzadkie uczucie w ostatnich miesiącach. Tak krótkotrwałe. Nagle serce zaczyna szybciej i mocniej bić, chyba zaczynam się bać. Tylko czego? Coraz gorzej się czuję. Powinienem odejść od N. Przecież ja nie chcę z nią być. Dlaczego niby nie chce? Nie mam racjonalnej odpowiedzi. Czy nie ma tego enigmatycznego "TEGO"? A co to jest? Nie pamiętam jak to było jak czułem się dobrze, chociaż było to 20 minut temu. Chcę się wyłączyć z życia. Widzę siebie w szpitalu, wiozą mnie na łóżku, leżę uśmiechnięty. Odpocznę, wszystko sobie ułożę. 


Niedawno rozmawiałem z N. przez telefon. Czasami w złe dni przypomina jej się nasza rozmowa z 3 stycznia. "Co byś odpowiedział jakbym Ciebie zapytała czy chcesz być ze mną do końca życia?" Odpowiedziałem, że tak, chciałbym. Przez następne 2 dni byłem spokojny, nawet radosny. Jakbym sam siebie upewnił w swoich prawdziwych odczuciach. Jednak i to w końcu upadło. Boję się powiedzieć N. znowu o moich udrękach. Boję się, że postawi mnie przed pytaniami, na które nie będę umiał odpowiedzieć. Mój brak odpowiedzi jednoznacznej, lub jej całkowity brak sprawi, że odsunie się ode mnie, stracę ją. Jak ja mogę się tak czuć będą z taką osobą? Jak mogę się źle czuć będąc w związku z osobą, która jest w zasadzie tą wyśnioną? Dlaczego nie mogę sam siebie określić? Co się ze mną stało? Dlaczego to, co chciałem mieć, na co czekałem i w czym pokładałem nadzieje teraz powoduje to wszystko? Jeżeli z nią miałbym być nieszczęśliwy, to z kim miałbym być? Z nikim chyba, przecież to niewyobrażalne.




Jestem w pracy, dzwoni moja siostra i pyta czy przyjadę do Legionowa. Matka jest na pogotowiu. Jest zdenerwowana, wiem, że coś się stało. Jadę równie zdenerwowany. Mam obawy, co mogło się stać. Wchodzę w końcu do gabinetu. Matka ma zabandażowane przedramiona. Obawy się potwierdziły. Wiozą ją do szpitala bródnowskiego. Czekamy tam długo, kilka godzin może. Decyzja, przewożą matkę do ośrodka psychiatrycznego. Nie jedziemy już tam. Musimy posprzątać w pokoju gdzie wszystko zaszło. Leży koc na podłodze, ma czerwone plamy. Siostra trzyma tylko reklamówkę, ja biorę koc. Coś z niego wypada. Oboje wiemy co to, choć nikt nie patrzy. To dźwięk noża do tapet. Kładę tam koc, łapię tak, żeby podnieść jedno i drugie. Pakujemy to do reklamówki, zabieram ją do bagażnika. Pozbieramy parę ubrań, kosmetyków, kilka rzeczy kupię jutro i pojadę do szpitala. Po kilku dniach będąc na działce wrzucam całą reklamówkę do ogniska...


(Nie)chcemy być sobą. 2018-06-21

Patrzę na ludzi i wszyscy wydają się być szczęśliwi, uśmiechnięci. Na pewno nie wszyscy są tacy w środku, ale takie wrażenie do mnie dociera.


Kiedyś siebie lubiłem. Uważałem, że to czyni mnie dobrym człowiekiem. Empatia, przejmowanie się, rozmyślanie. Teraz nie mogę wytrzymać ze sobą. Gdyby 2, 3 i 4 stycznia wyglądały inaczej, to teraz byłbym szczęśliwy? Czy bycie w związku z N może tak na mnie wpływać? Nie wierzę w to. Jak może tak na mnie wpływać chodzący ideał osobowości, ktoś, z kim zawsze się porozumiem, po prostu ktoś kto miał być moją bratnią duszą, odpowiedzią na wszystko. Widzę różne pary, często żadne z nich, albo przynajmniej jedno, nie jest zbyt urodziwe moim zdaniem. A jednak widać w nich radość. W jego oczach to ona jest najpiękniejsza i najwspanialsza. Kocha ją za to jaka jest. A ja będąc w podobnej lub lepszej sytuacji toczę wojnę wewnętrzną. Czasami mam wrażenie, że nawet nie ze sobą. Czasami czuję się, jakby ktoś sterował moimi myślami. Myślę to, czego nie chcę myśleć. 


Dzisiejszy dzień był straszny. Czasami w takie dni chciałbym wyłączyć się z życia na jakiś czas i wrócić zdrowszy... O zgrozo, czasami myślę, że chciałbym ulec wypadkowi...




Wracam do domu, ojciec na klatce przed drzwiami stoi. Drzwi zamknięte na zamek. Znowu nerwy. Kolejny raz zamknięte i nie można się dostać do środka. Zastanawiam się czy nie wyważyć drzwi... Schodzę z powrotem na dół, siadam na motocykl, odjeżdżam...


Szczęśliwego nowego roku! 2018-06-18

"Czuję się strasznie. Ledwo powstrzymuję łzy. Ciągle myślę o N. Tęsknię, ale czuję się okropnie z tym, że nie umiem określić swych uczuć. Ona jest zła. Boję się, że odejdzie, a ja stracę wielki skarb. Od jakiegoś czasu przestałem chyba czuć pozytywne emocje. Choć N wzbudziła je niewątpliwie. Wzbudza nadal, jeżeli nie czuję się tak, jak teraz. Uśmiecham się, kiedy myślę 'N, kochanie moje', kiedy widzę zdjęcia od niej, kiedy dzwoni. Problem jest we mnie, nie chciałem oszaleć na punkcie dziewczyny z obawy przed kolejny zawodem. To tak jakby się udało, ale bardzo mnie boli teraz ten fakt, że nie wariuję na jej punkcie, a podchodzę bardzo chłodno. N jest dziewczyną, jaką chciałem poznać, bez wątpienia. Inteligentna, wesoła, z podobnym poczuciem humoru, nie lubi klubów jak ja, piękna. Dzwonię do poradni. Łzy cisną mi siędo oczu jak pomyślę o swojej sytuacji i samopoczuciu. Idę... Mogę mieć wizytę. Musiałbym wyjść wcześniej Muszę się uspokoić zanim pójdę do dyrektorki lub p. prezes."
4 stycznia. Uspokoiłem się do momentu w którym padło pytanie "a coś się stało?". Rozpłakałem się u dyrektorki jak dziecko. Wyszedłem i dostałem następnego dnia wolne. Dzień przed tym wpisem w kalendarzu rozmawiałem z N. Mówiłem jej co mnie dręczy, o braku pewności w stosunku do niej. Przyjęła to spokojnie, choć potem mówiła, że się zdenerwowała, poczuła się oszukana. Spytała, czy chcę budować ten związek, bo ona nie wie co ma robić, czy ma się angażować. Powiedziałem, że chcę. Po wizycie u psychologa i przed nią trochę naciskała mnie, bym zadeklarował się jasno. Wtedy, kiedy byłem w rozsypce. Chciałem budować, chcę nadal, tak myślę. Przeklinam ten dzień.
Nie potrafię opisać, jak się wtedy czułem. To był chyba najgorszy moment w moim życiu. Jakby cały przeżyty stres, napięcie, smutek i nerwy zebrały się na raz i mnie zaatakowały od środka. Nie chcę się tak więcej czuć. Obawiam się, że to mogłoby mnie skłonić do zrobienia sobie krzywdy.


"Czuję się nijak. Jakbym nic nie czuł. P. dyrektor była bardzo wyrozumiała dla mnie, dała mi wolne dziś. Wieczorem spotkam się z N. Chcę tego. Próbuję w myślach tworzyć obraz tego spotkania. Idziemy za rękę, rozmawiamy, uśmiechamy się i całujemy co jakiś czas. Chcę z nią być, nie chcę poznawać innej. Na razie pomieszkam u siostry. Muszę poczuć się lepiej, żeby szukać pokoju na wynajem. Teraz czuję, że mnie to przerośnie. Będę chodził na terapię. Psycholog powiedziała, że mam stany depresyjne, ale nie pamiętam jak ogólnie choroba się nazywa. Jadę do domu po parę rzeczy. Pojadę też do sklepu po coś na śniadanie. Mógłbym zrobić obiad siostrze i jej mężowi, ale oni późno wrócą, a ja wtedy jadę do kościoła, a potem do N. Po śniadaniu pobiegam, a potem pojadę do drugiej siostry, albo na odwrót. Mam nadzieję, że wczorajszy dzień to punkt zwrotny w moim życiu. Wyobrażam sobie siebie w wynajmowanym pokoju, z dobrymi wynikami w pracy, może z dodatkowym źródłem dochodu, bo nie chcę rezygnować z samochodu. Przede wszystkim widzę siebie w szczęśliwym związku z N."
5 stycznia. Ta choroba to dystymia, już zapamiętałem. Wracając od siostry rozmawiałem z N przez telefon. O różnych rzeczach, o tym kto gdzie wolałby mieszkać, ja w mieszkaniu, ona w domu i dlaczego tak. Czuję się coraz lepiej. Idę do kościoła, bo mam pierwsze piątki miesiąca jako pokutę po kilku latach bez spowiedzi. W kościele czuję się jeszcze lepiej, zaczyna mnie ogarniać radość. Tak niezrozumiała w obliczu niedawnej rozpaczy, tak ogromna. Jadę do N, nie mogę się doczekać. Radość podczas spotkania nie mija, może nawet wzrasta. Jak ja mogłem w ogóle tak o niej myśleć?
Idę do Expandera zorientować się w możliwościach kredytu. Wyprowadzam się ostatecznie z domu, ale kredyt mnie przerasta, nie uciągnę tego. Zostaje wynajem pokoju. U siostry spędzam w końcu 3 miesiące. Długo, ale czuję się lepiej mimo spania na tym samym, małym łóżku co w podstawówce, wystającymi nogami od kolan. Nie wysypiam się, ale śpię spokojniej. W końcu zasypiam normalnie. Nawet nie pytałem siostry czy mogę się przenieść. Trochę głupio...


Nie podjąłem konkretnej terapii. Chodzę raz w miesiącu do psychologa, ale to mało. Jednak zacząłem szukać grup wsparcia i terapii bezpołatnej. Nie dam rady opłacać prywatnych wizyt, nawet ograniczając je do dwóch w miesiącu, to prawie 300zł.




Budzę się w środku nocy. Krzyk. Matka krzyczy, jestem z nią sam w domu. Krzyczy do telefonu, rozmawia z moją siostrą. Wrzeszcząc pyta, gdzie są jej tabletki uspokajające, albo po prostu to były psychotropy, które nic nie pomagały. Jest pijana. Siostra nie chce jej powiedzieć. Rozłącza się, ale ona znowu dzwoni, wyzywa ją. Serce zaraz mi wyskoczy, już nie zasnę. Chyba się boję. Przecież jestem dorosły, nic mi nie będzie. Ciągły krzyk. Nie wytrzymuję, wyjmuję tabletki z ukrycia i stawiam koło niej. Popełniam błąd, dałem się złamać.


"Ty nie masz wad, człowieku" 2018-06-18

Takie słowa usłyszałem niedawno od szefowej, kiedy dostawałem podwyżkę i zostałem się "guru", jak to określiła, działu spedycyjnego w firmie. "Na pewno jakieś mam", odpowiedziałem. Usłyszałem "ja ich nie widzę". To miło, mógłbym pomyśleć. Zawsze byłem spokojny, uprzejmy i grzeczny. Nieprzesadnie ambitny, w szkole nigdy nie miałem nic zadane, a po odebraniu zeszytu od nauczyciela na co drugiej stronie widniał czerwony wpis o braku pracy domowej. Wtedy musiałem się nasłuchać od rodziców, ale nadal nauczyciele nic nie zadawali do domu. Nie przeszkodziło mi to w zdaniu egzaminów gimnazjalnych najlepiej w klasie, a matury na niezłym poziomie. Również studia inżynierskie z logistyki w gruncie rzeczy nie były dla mnie wielkim problemem.


Kiedyś lubiłem siebie, choć potrafiłem sam siebie zadręczać. Można by stwierdzić, że to trochę damski model psychiki. Ciągłe przejmowanie się, Przeżywanie różnych sytuacji mocniej niż wymaga tego sytuacja, zwłaszcza w kontaktach z płcią przeciwną. Zacząłem się nią interesować gdzieś w gimnazjum. Potrafiłem wzdychać do wybranej dziewczyny, przyglądać się z daleka, ale nigdy podejść i pogadać. 


Stałem się obiektem zainteresowania pewnych dwóch dziewczyn. Jedna była dla mnie mało atrakcyjna, zaś druga była wręcz ideałem. Choć nie potrafiłem i nadal nie potrafię opisać idealnego wyglądu kobiety, ona taka była. Była koleżanką tej zadurzonej we mnie. Po rozmowach przez gadu-gadu i naciskach różnych zdecydowałem się spróbować z nią być. Przez sms... Jakie to żenujące. Nie spotkaliśmy się nigdy po szkole, nie rozmawialiśmy na przerwach, może raz. Ona naciskała na spotkania, na rozmowy poza komputerem czy telefonem, nawet musiała się ze mną umawiać na pocałunek, do którego nie doszło w końcu. Nie chciałem. Nie chciałem z nią być. Skończyłem ten "związek" równie beznadziejnie jak go zacząłem, przez sms.


Po pewnym czasie jednak zainteresował się mną ten wcielony ideał dziewczyny. Wiedziałem, że nie brakuje jej adoratorów. Byłem wniebowzięty. Jednak gdy proponowała (ona, znowu nie ja) spotkanie, znajdowałem wymówki. Ona ze mną? Albo może: ja z nią? Ja miałbym dać radę kiedy ona może wybierać spośród połowy szkoły? Straciła do mnie cierpliwość, a znajomość zaczęła się zacierać. Teraz pewnie byśmy się nie przywitali mijając się na ulicy. Nie wiem co u niej. Wiem, że ta pierwsza ma męża, chyba jest szczęśliwa. To dobrze. Po latach stwierdziłem, że żałuję głównie tego, jak postąpiłem wobec niej.  Byliśmy dziećmi, ale powinienem wiedzieć, że jak nie chcę to nie będzie nic i koniec.


Ale zawsze brakowało tej osoby. W liceum starałem się inicjować kontakt z obiektami westchnień, raz lepiej, raz gorzej. Kiedy pewnego razu wyszło lepiej, kiedy możliwe było rozwijać znajomość, zrezygnowałem. Tak po prostu. Mimo, że dobrze się rozmawiało, mimo że tego chciałem, że jak przyszła na chwilę na osiemnastkę kolegi, to stresowałem się, żebym dobrze wypadł, zrezygnowałem. I wróciła do bycia nieuchwytnym obiektem westchnień.


Po pewnym czasie coś się zmieniło. Mogłem rozwijać znajomość, ale to, jak angażowałem się w znajomość z obcą osobą kończyło się bólem. Nie umiałem podejść do sprawy z myślą "co będzie to będzie, a może zostanie moją dobrą koleżanką". Wszystko, albo nic. Albo będziemy razem najszczęśliwsi na świecie, albo niech zniknie z mojego życia, żebym mógł się znowu zadręczać i pozbierać. Żeby powtórzyć to z kim innym, pokazać szybko, że mi zależy i usłyszeć, że nic z tego nie będzie.


I w końcu. Trafiłem na osobę, która chyba była w podobnej sytuacji do mojej. Pisanie przez miesiąc, spotkanie jedno i po nim sms z wyznaniem miłości do mnie. Zaraz sms prostujący, że nie powinna. Serce mocniej zabiło, może ze strachu, ale stało się, związałem się. Z osobą, która jak się okazało była doświadczona w wielu sprawach, która potrafiła zadać ból, wzbudzać nieufność i zazdrość, upijać się i wtedy  pomylić imię, zwyzywać, zamknąć drzwi przed nosem, a potem na drugi dzień przepraszać. To nie była codzienność, to były przypadki. Częste pocieszanie, wyciąganie jej problemów ponad moje, mniej ważne. W końcu zaczęło mi czegoś brakować. Nie wiem czego, może tej ekscytacji przy wielogodzinnych rozmowach. To wzbudzało niebywałą zazdrość w niej. "Zdziwiłam się, jak się dowiedziałam, że nie miałeś dziewczyny jeszcze". To usłyszałem w początkowej fazie związku. Epizodu z gimnazjum nie traktuję jak pierwszej dziewczyny, ale mówię o tej sytuacji. Wymieniliśmy się hasłami do facebooka. Tak po prostu, bo przecież sobie ufamy to możemy, prawda? "A kto to? Pisz sobie z nią. Widzę, że dobrze się rozmawia. Ona Ciebie podrywa, a Ty ją." Jeśli mam być szczery, nie znam się na podrywaniu zupełnie. Nie wiem jak to się robi, ale podobno umiem. Ciekawe. "Co Ty pisałaś. Co będziesz z nim robić? Że wyłączycie telefony żeby nikt Wam nie przeszkadzał?" O północy jazda motocyklem w nerwach z powodu tego, co przeczytałem. Mandat za prędkość, wyjaśnianie. Zburzone zaufanie. W końcu po obu stronach. Odbudowywanie, powtarzające się epizody z prowadzeniem z imprezy i słuchaniem pijanej. Samemu też potrafiłem skończyć imprezę nie pamiętając połowy z niej. Nie raz i nie dwa. Koniec z wchodzeniem na jej konto. Ale może ona znowu z kimś pisze tak jak wtedy. Dzieli nas 60km więc co stoi na przeszkodzie? I koniec, po 4 latach zamknięty rozdział. Już nigdy więcej związku z taką osobą. 


Powrót do portalu randkowego. Znów zawody, znów nieodwzajemnione zaangażowania. Już nigdy tak nie zrobię. Nie wyidealizuję jej, nie zaangażuję się od razu tak bardzo. Ma podobne zainteresowania, nawet poglądy polityczne. Przez kilka tygodni prowadzimy właściwie jedną niekończącą się rozmowę. Ona ciągle nie ma czasu, nie mogę zaproponować spotkania. W końcu udaje się. Jest fajnie, ale nie nakręcam się przecież. Czuję się trochę spięty i nie mówię tyle ile bym chciał. Umawiamy się na nieokreślony termin na parę innych wypadów. Znów brak czasu, nawet nie proponuję spotkania, bo przecież wiecznie zajęta. W końcu upomina się o nie sama. Spotykamy się, wyjaśniam sytuację, ale chyba nieskutecznie. Kilka dni ciszy. Wiadomość wyjaśniająca. "Widzę, że się angażujesz, ale ja..." i stopniowe zakańczanie znajomości. Ból, zawód i niezrozumienie, dlaczego? Czego zabrakło? Co jest ze mną nie tak? Przecież mówią, że jestem taki wspaniały, istny ideał osobowości.


Nie zaangażuję się! Miło się pisze i rozmawia przez telefon. Jest sympatyczna, miła. Sprawia wrażenie odpowiedzialnej i zrównoważonej. Jest ładna, nawet bardzo. Randka trwa około 9 godzin. Jestem zaskakująco rozmowny i czuję się dość swobodnie. W Wola Parku, na pizzy i u niej w domu rozmowa przy herbacie lub wodzie z cytryną. Wracam do swojego domu przed 2:00, choć mógłbym tam siedzieć i gadać do rana, albo do zaśnięcia. Niesamowite. Nie angażuję się, nie ma co wariować. Spotkanie kolejne. Ogólny stres, żeby dobrze wypadać mimo wszystko. Siadam w fotelu a ona na łóżku lub na odwrót. Chciałbym ją pocałować, ale jak? Tak po prostu podejść? Następne spotkanie, blokuję fotel jakimiś pierdołami, żebyśmy usiedli obok siebie. Udało się wszystko. Następne spotkanie. "Ja jestem zakochana w Tobie, wiesz?" Wiem, tak myślałem. A ja? Myślę, że też i tak mówię. Jest super. "Zakochałem się, ale tak dojrzale. Nie zwariowałem tak, jak to zwykle się działo. Teraz jest inaczej. W sumie to kobieta, z którą mógłbym spędzić całe życie." To ucieleśnienie moich wcześniejszych wyobrażeń. Kogo chciałem poznać? Ją. Jaka ta osoba miała być? Właśnie taka. Ciąg dalszy utwierdza mnie w przekonaniu, że to, nieładnie określając, "materiał na żonę", że ona nadal według mnie jest taka jak osoba z wyobrażeń. Ale nie czuję tej wariacji, tego gapienia się w telefon, żeby odpisała. Szybko poznaję jej rodziców, a ona moich. Spędzamy razem Sylwestra. Jest dobrze. Kiedy przyszedł ten dzień...


Jestem DDA. Pijącą stroną jest matka.


Witam. 2018-06-17

Każdy zna, znał, albo pozna osobę, z którą ciężko wytrzymać. Szef, współpracownik, ktoś z grupy znajomych, których ogólnie lubimy poza tą jedną osobą. Przykra jest sytuacja, gdy tą osobą jest mąż/żona. A co, jeśli tą osobą jesteś Ty? Co jeśli najwięcej trudności i bólu pochodzi z Twojej głowy?
Cześć. Z tej strony Michał, mam 24 lata. Ten blog będę prowadził właściwie sam dla siebie, ale nie wykluczam, że ktoś tu zajrzy i zostawi komentarz. Chcę tutaj spisywać swoje myśli i odczucia, które często jest mi ciężko opanować i nazwać. Postaram się nie czytać i nie edytować swoich wiadomości, by były one w wersji pierwotnej, by mogły obrazować mój stan. Może potem będę to czytał i uświadomię sobie, o co mi chodzi.


Już nie raz zaczynałem prowadzić bloga z podobnym zamysłem, ale z różnych powodów porzucałem je. Teraz nawet nie mogę ich odnaleźć w internecie. Być może zostały skasowane przez administratorów.


Jestem DDA.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]